[2026.08.28] Tusk idzie na lewo
Dodane przez Administrator dnia 01/09/2026 02:00:54
Czy mamy do czynienia z kolejną polityczną sensacją? Tusk dogadał się z Czarzastym i kawiorowa lewica pójdzie do wyborów na listach Platformy (która dziś używa nazwy Koalicji Obywatelskiej). Co to oznacza? Cwaniacy z postkomunistycznej partii, którzy mogą liczyć na głosy emerytów bezpieki i sierot po PZPR, dołączają do liberalnej kołtunerii, zakochanej w Tusku i Giertychu. Tym samym Platforma jeszcze mocniej przesuwa się na lewo i rezygnuje z prób pozyskania wyborców bardziej centrowych. Tusk wierzy, że do zwycięstwa wystarczy mu najtwardszy elektorat, uzupełniony o milionerów z dawnego SLD, a także o niedobitki PSL i partii Hołowni. Pojawił się nawet sondaż, który tej zbieraninie daje wynik na poziomie 46 procent i pewne zwycięstwo w wyborach parlamentarnych.
Czy taki lewicowy blok rzeczywiście ma szanse na sukces? Przede wszystkim poza blokiem pozostanie nowa lewica czyli partia Razem, która zbierze socjalny elektorat, zainteresowany poprawą warunków pracy i zarobkami robotników, nauczycieli, pielęgniarek, sprzedawców w supermarketach itp., ale także zwolenników tęczowej rewolucji i rozmaitych dewiacji. Nie jest też pewne, czy resztki, które zostały z PSL, będą głosować na Kosiniaka-Kamysza i jego przybocznych, którzy już dawno sprzedali wieś i dziś tak naprawdę są w Platformie, ale jeszcze udają, że reprezentują polskich rolników. Tusk obiecuje PSL-owi 12 jedynek, czyli pierwszych miejsc na listach wyborczych Platformy, a także 12-15 jedynek Czarzastemu. Co zostanie dla posłów Platformy? Na pewno mniej niż 20, co już dziś wywołuje niepokój wśród szeregowych posłów, dla których może zabraknąć „biorących” miejsc, tym bardziej gdy wynik 40 procent może okazać się mrzonką.
Skoro obecnie mamy najgorszy rząd od 30 lat, to w interesie Polski i Polaków jest doprowadzić do jego zmiany. Mogą to zrobić tylko zwolennicy prawicy, niestety zmuszeni do wybierania między kilkoma partiami. Z jednej strony są to dwie (a może trzy) Konfederacje, nie zainteresowane zmianą rządu i ewentualnym własnym zwycięstwem. Jedni z nich bredzą o prywatnej służbie zdrowia i prywatnym szkolnictwie, drudzy majaczą o usunięciu z Polski obcych wojsk (czyli Amerykanów!), a wszyscy najlepiej się czują w opozycji, na wygodnych sejmowych dietach, w niszowych biznesikach i mędrkowaniu w telewizyjnych studiach. Wyobraźmy sobie, co by się działo, gdyby to towarzystwo obsiadło ministerstwa i państwowe instytucje.
W tej sytuacji nie ma co liczyć na wspólny obóz prawicy, czyli realnie w grze pozostanie Prawo i Sprawiedliwość oraz przyszła partia Mateusza Morawieckiego. Tylko że chwilowo PiS uparł się rywalizować z Braunem i chce stać się jeszcze jedną Konfederacją. Trzeba wierzyć, że się opamięta i poskromi tych swoich posłów, którzy widząc słabość partii, zabiegają już tylko o własne mandaty w przyszłym sejmie. Z kolei premier Morawiecki musi zbudować taką siłę, która pozwoli pokonać lewicową koalicję, zbudowaną przez nieudaczników Tuska. O możliwościach nowej partii przekonamy się dopiero pod koniec roku, gdy jesienny sezon polityczny pozwoli ocenić układ sił po obu stronach barykady, dzisiaj dzielącej Polaków.
A na razie obserwujemy przedwyborczą sytuację w Krakowie, gdzie o prezydenturze zamarzyło ponad 20 kandydatów. Ilu z nich zbierze podpisy, to okaże się za parę dni, ale już widać, że oprócz rywalizacji kilku poważnych kandydatów, zobaczymy także polityczny kabaret.
Ryszard Terlecki