ÆWICZENIA PAMIÊCI
Dodane przez Administrator dnia 11/09/2009 15:30:01
W wierzeniach afrykañskich istnieje pogl±d, ¿e kto¶ umiera naprawdê dopiero wówczas, kiedy umrze ostatni z tych, którzy go znali i pamiêtali. To znaczy – kto¶ przestaje istnieæ, kiedy odejd± z tego ¶wiata wszyscy nosiciele pamiêci. Co¶ takiego jest równie¿ z wojn±.
Ryszard Kapu¶ciñski

W przededniu 70. rocznicy wkroczenia Rosjan do Polski rozmawiam z Zofi± Ziobro, która jako dziecko zosta³a zes³ana na Syberiê i skazana na tu³aczkê po Azji ¦redniej. Od 1956 roku mieszka ona w Nowej Hucie, gdzie przez wiele lat pracowa³a jako intendentka w Szkole Podstawowej nr 101.



Zofia Ziobro z figurk± Matki Bo¿ej Kalwaryjskiej.
Tre¶æ rozszerzona
Ewa Modzelewska: Czy opowiada³a Pani o deportacji ju¿ wcze¶niej?
Zofia Ziobro: Nie. Kiedy wrócili¶my z zes³ania, to siê w szkole inaczej historii uczono. Nie wolno by³o nawet wspomnieæ, ¿e byli¶my w Rosji. Dopiero teraz tak wysz³o, ¿e mo¿na mówiæ. Bo to przecie¿ by³ nasz brat ZSRR, to by³ nasz bli¼niak. I tak dobrze siê z³o¿y³o, ¿e bez krwi, bez niczego my¶my siê od nich odczepili. Wcze¶niej nie wolno by³o nic mówiæ. Teraz to tak jak bajkê siê opowiada, ale my to prze¿yli¶my bardzo, najwiêcej rodzice. Dzieci na pocz±tku nie zdawa³y sobie sprawy z tego, co siê dzieje. Dopiero pó¼niej, jak doskwiera³ g³ód, to tak. Ale bieda wychowuje bardzo, bardzo, bardzo.
E.M.: Kiedy Rosjanie wywozili Was na Syberiê, by³a Pani ma³± dziewczynk±. Czy dobrze pamiêta Pani tamte wydarzenia?
Z.Z.: Mia³am wtedy 9 lat. To by³o w lutym. Lutym 1940 roku. Przysz³o chyba z sze¶ciu ¿o³nierzy ruskich. Z karabinami. By³a gdzie¶ druga w nocy. Kazali za dwie godziny siê zebraæ. Mieszkali¶my we wsi Gruszów w województwie lwowskim. Mieli¶my drewniany dom, stajniê, stodo³ê, 10 morgów pola. Tata by³ rolnikiem. Ca³± wie¶ wywie¼li, poniewa¿ uznali, ¿e jeste¶my ku³akami. Nie wiedzieli¶my, ¿e wszystkich wywo¿±, bo nam nie wolno by³o nawet na pole wyj¶æ.
E.M.: Jak wygl±da³ transport do ZSRR?
Z.Z.: Podstawiono dla nas poci±g towarowy. £adowali nas po 6, po 8 rodzin do jednego wagonu. By³o bardzo t³oczno. Czekali¶my ca³± noc, zanim poci±g ruszy³, ale nie wiedzieli¶my, gdzie jedziemy. Przy ka¿dym wagonie ustawiono stra¿. Jechali¶my ponad dwa miesi±ce. Gdy na stacji wêz³owej poci±g stawa³, wypuszczali dwóch ch³opów z wiaderkami po wêgiel, chleb i zupê. Trudno by³o tam spaæ, bo by³y tylko go³e prycze, same deski. Na szczê¶cie mama zabra³a pierzynê.
E.M.: Czy du¿o ludzi zmar³o w tym transporcie?
Z.Z.: O tak, przewa¿nie umiera³y dzieci. Jak poci±g stawa³, rodzice wystawiali je z ko³yskami na perony, bo nie wolno by³o ich chowaæ. Poci±g szed³ dalej, a one zostawa³y na peronie. Co tam Ruscy z nimi zrobili, to ju¿ nie wiadomo. Z doros³ych nikt nie zmar³ w trakcie podró¿y. Owszem, p³akali, chorowali, ale nikt z nich nie umar³.
E.M.: Dok±d Was zawieziono?
Z.Z.: Do Swierd³owska. Do dzisiaj pamiêtam tê tajgê, olbrzymie lasy. Od razu wziêli nas wszystkich do ³a¼ni, bo ca³e dwa miesi±ce nikt siê nie my³. No bo niby czym? Jak do wagonu przynie¶li wodê, to przecie¿ do picia na herbatê. Potem rozdzielili nas do baraków, w których deski by³y tak pouk³adane, ¿e s±siada by³o widaæ. Rodziców wziêli do przymusowej pracy. A my zostali¶my w domu: ja, starsza siostra i dwóch m³odszych braci. Równie¿ dziadkowie – rodzice mamy – te¿ z nami mieszkali.
E.M.: Czy zachowa³a Pani jak±¶ pami±tkê z tamtego czasu?
Z.Z.: Tak, mam jedn± pami±tkê z domu rodzinnego – figurkê Matki Boskiej Kalwaryjskiej. Kiedy jeszcze by³am ma³a, tata kupi³ j± w Kalwarii Zebrzydowskiej, zrobi³ jej przed domem kapliczkê. Odt±d zawsze siê do niej modlili¶my. Gdy nas wywozili, mama wziê³a tê figurkê i zawinê³a w pierzynê, ¿eby siê nie rozbi³a. W poci±gu o tym zapomnia³a, strzepnê³a pierzynê i Matka Boska spad³a na ziemiê! To prawdziwy cud, ¿e ubi³y jej siê tylko nogi.
E.M.: Czy my¶li Pani, ¿e to móg³ byæ jaki¶ znak? Na przyk³ad, ¿e nie wszyscy zdo³acie powróciæ do Polski?
Z.Z.: Wtedy taka my¶l nawet nie przysz³a mi do g³owy. Teraz, kiedy minê³o ju¿ tyle czasu, wydaje mi siê, ¿e to nie by³ przypadek. Na Syberii w jednym miesi±cu zmar³a babcia, w drugim dziadek, a w trzecim ojciec. Pó³ roku pó¼niej umar³ jeszcze mój najm³odszy braciszek. ¦mieræ za ¶mierci±. Krok za krokiem. Pamiêtam, ¿e tata przeziêbi³ siê i zachorowa³ na nerki. Poszed³ do szpitala, ale tam nie by³o ¿adnych lekarstw. W ci±gu tygodnia zmar³. Kiedy przywie¼li go do domu, by³ tak spuchniêty, ¿e ¿adne ubranie na niego nie wesz³o. Mama mia³a jak±¶ flanelê z metra¿u i z niej kto¶ uszy³ pi¿amê. W tej pi¿amie zosta³ pochowany w jednym grobie z babci± i dziadkiem.
E.M.: Czy by³ tam ksi±dz? Jak taki pogrzeb wygl±da³?
Z.Z.: A sk±d, ¿adnego ksiêdza nie by³o! Kto¶ z Polaków wykopa³ dó³. Zrobili tacie trumnê i postawili krzy¿. Tak naprawdê to tata sam zrobi³ krzy¿ – dla babci. Wszyscy troje s± pochowani w jednym grobie w lesie. Ja bym tam nie trafi³a w ¿yciu. Taka prawda. Z tego grobu to pewnie ani ¶ladu ju¿ nie ma. Przecie¿ on zmar³ w sierpniu 1941 roku. A ju¿ we wrze¶niu dali nam takie oswobodzenie, ¿e mo¿emy je¼dziæ po ca³ym ZSRR, ale do Polski nie wolno nam by³o wróciæ. Ci mê¿czy¼ni, którzy poszli do wojska, do Andersa, mogli pó¼niej ¶ci±gaæ swoje rodziny do Anglii. Nas nie mia³ kto ¶ci±gn±æ, bo tatu¶ ju¿ nie ¿y³. Wyjechali¶my wiêc do ¦redniej Azji. W drodze do Kazachstanu zmar³ mój najm³odszy brat.
E.M.: Czy pamiêta Pani jeszcze swojego brata?
Z.Z.: Tak, Antek mia³ ju¿ prawie 5 lat. Kiedy jechali¶my do ¦redniej Azji, d³ugo stali¶my nad Morzem Czarnym i tam w³a¶nie Antek zachorowa³ na odrê, któr± potem przeziêbi³. Ta odra go udusi³a. Mama strasznie nad nim p³aka³a, a on ju¿ by³ nieprzytomny. Pamiêtam, jak trzês³a nim, ¿eby siê obudzi³. Prosi³a nas, aby¶my siê za niego modlili. Pó¼niej widocznie tak d³ugo umiera³ i mêczy³ siê tak bardzo, ¿e mama powiedzia³a: ,,Pomódlmy siê, niech umrze, niech ju¿ tak nie cierpi”. I rzeczywi¶cie na rêkach mamy zmar³. Nie ¿y³, kiedy dojechali¶my do Merekie, do ko³chozu w Kazachstanie. Tam nie by³o ju¿ lasów, tylko same stepy. Mama wyprosi³a paczkê z dykty, z takiej sklejki. W³o¿yli¶my go do tej paczki i w tej paczce go pochowali¶my.
E.M.: W bardzo krótkim czasie Pani rodzina zmniejszy³a siê o po³owê. Jak to prze¿yli¶cie?
Z.Z.: Tak naprawdê nasza rodzina liczy³a wtedy trzy osoby, poniewa¿ moja siostra od³±czy³a siê od nas. Mama okropnie przez to wszystko cierpia³a. Wiecznie p³aka³a, a pó¼niej tylko chorowa³a. Kilka tygodni le¿a³a nieprzytomna przez tyfus plamisty, mia³a te¿ szkorbut, malariê i czerwonkê. Wszystkie obowi±zki spad³y na moje barki. To ja musia³am i¶æ do ko³chozu – pracowaæ i kra¶æ. Trzeba by³o siê bardzo staraæ, bo tam sami doro¶li pracowali i ciê¿ko mi by³o za nimi nad±¿yæ. A ruble by³y potrzebne na chleb.
E.M.: A brat nie pomaga³ Pani?
Z.Z.: Mój brat tylko p³aka³, ¿e jest g³odny, ale nigdzie siê nie ruszy³. Wola³ z g³odu umrzeæ ni¿ co¶ ukra¶æ. Cierpia³ na angielkê – chorobê g³odu. Mia³ du¿y brzuch, nie móg³ ustaæ na nogach – albo biega³, albo siedzia³. Wtedy, kiedy wszyscy chorowali¶my na tyfus i le¿eli¶my nieprzytomni w szpitalu, on prze¿y³ tylko dziêki temu, ¿e opieka lekarska oddawa³a mu posi³ki, których my nie mogli¶my zje¶æ. Przychodzi³ pod okno, a pielêgniarki podawa³y mu chleb i to, co mia³y do jedzenia. Mo¿na na Ruskich mówiæ ró¿ne rzeczy, ale oni tam byli bardzo uczciwi i dobrzy. A wszyscy g³odowali¶my tak samo, wcale nie musieli siê z nim dzieliæ jedzeniem. Rysiek zosta³ ca³kiem sam i gdyby nie dobroæ tamtych ludzi, na pewno by nie prze¿y³. I dziwne, ¿e nie zachorowa³.
E.M.: Czy wtedy by³o najtrudniej?
Z.Z.: Nie, najgorzej by³o, kiedy mama chorowa³a na zapalenie p³uc, a pó¼niej dosta³a czerwonkê. Pamiêtam – le¿a³a na ziemi, nie poznawa³a nikogo. Muchy ci±gle na niej siada³y. I tylko ten brat by³, i ja. Jak Polacy przechodzili, to mówili: ,,A jeszcze dwie sieroty wiêcej”. ¯eby siê tak zajêli, pomogli, nawet tê mamê umyli. Nie, tego nie by³o. Jedynie pewien Tatar przyniós³ mi niebieski p³yn do odka¿ania ran w ustach. Podawa³am go mamie trzy razy dziennie ³y¿k± do picia. Ile razy posz³am do pracy, nakruszy³am w polu owsa, a potem gotowa³am z niego kleik. Ten kleik te¿ dawa³am mamie, a jak sz³am do ko³chozu, to Rysiek go podawa³. W ten sposób jakim¶ cudem uda³o siê nam j± wyleczyæ. To by³y dla mnie najgorsze dni, jakie pamiêtam.
E.M.: Sk±d w dziesiêcioletniej dziewczynce by³o tyle si³y i dojrza³o¶ci, której brakowa³o niejednemu doros³emu?
Z.Z.: W ¦redniej Azji musia³am trze¼wo my¶leæ o ¿yciu. Ci±gle trzeba by³o kombinowaæ . Cierpieli¶my taki g³ód, ¿e jak cz³owiek poszed³ do ¶mietnika, a kto¶ wyrzuci³ ³upiny z ziemniaków, to je zbiera³, my³, gotowa³, a potem jad³. Najgorzej by³o na przednówku, jak jeszcze nic nie uros³o. Jak ju¿ szczaw urós³, ta ³oboda, to¶my jej narwali i zawsze co¶ tam siê zjad³o. Bywa³y dni, kiedy pi³o siê tylko wrz±tek. Gdy pracowa³am w ko³chozie przy pomidorach, to nieraz z³apa³am dwa, trzy pomidory i chowa³am w piasku, zaznaczaj±c je sobie, bo by cz³owiek potem nie trafi³. Tam nie by³o ogrodzenia i nikt na dziecko nie zwraca³ uwagi. Specjalnie zostawa³am z ty³u, wtedy wygrzeba³am pomidory i przynosi³am dla mamy i brata. Prawie nie by³o chleba, bo jego dzienna porcja wynosi³a 30 dekagramów, a to by³a ma³a kostka, upieczona z jêczmienia czy kukurydzy. Oprócz chleba nic wiêcej nie by³o. Tylko to, co ukrad³a¶.
E.M.: Czy czêsto krad³a Pani dla swojej rodziny?
Z.Z.: Tak, kiedy tylko siê da³o. Niedaleko miejsca mojej pracy ros³y piêkne plantacje winogron. Tam ju¿ by³a wiêksza ochrona. Ale same kaleki, bo wszystko na front posz³o, ch³opów by³o ma³o. Taki o kulach, o jednej nodze, to gdzie on mnie z³apa³? Tak wiêc cz³owiek podszed³ do jednego krzaka, narwa³ winogron i potem poszed³ do drugiego, znowu ¿eby narwaæ. Te winogrona by³y smaczne, ale co z tego - nie siedzia³o to po prostu w ¿o³±dku; cz³owiek zjad³ i g³odny. Zjad³ i g³odny. Tak by³o na okr±g³o. No bo taki arbuz – co tam jest – ziarnka i woda… Ale przynajmniej by³o co do ust w³o¿yæ, bo w zimie nic nie ros³o. To wszystko zbierali i wywozili na front niby. Ja tam nie wiem, czy te arbuzy na front dochodzi³y. Kto tam na froncie arbuzy jad³?
E.M.: Jakie by³y kary za kradzie¿?
Z.Z.: W³a¶ciwie to ich nie by³o. Najwiêksz± kar± by³o, jak zabrali worek, bo potem nie mia³a¶ do czego zbieraæ. Tam wszyscy brali, a inni patrzyli na to przez palce. Latem zbierali¶my jêczmieñ. Uzbecy mieli ¿arna, to zme³³o siê ten jêczmieñ i ju¿ dostawa³a¶ kaszê. By³a regulacja na tych ¿arnach – jak kamieñ da³o siê wy¿ej, by³a kasza, jak ni¿ej, to m±ka. Uzbecy to bardzo dobry naród, chêtnie nam po¿yczali. Jak siê do nich posz³o i oni pili herbatê, czy jaki¶ tam mieli placek, zawsze czêstowali. A jakby¶ nie wziê³a, to siê obra¿ali. Oni kawa³eczek mieli, sami g³odowali, ale ciê poczêstowali. Tam byli Ukraiñcy, Uzbecy, Czeczeni, Tatarzy, Ruscy, Polacy, ¯ydzi. Bardzo du¿o ¯ydów wymar³o z g³odu. Bo ¯yd chcia³ tylko handlem siê zajmowaæ, a czym tam by³o handlowaæ?
E.M.: Czy mia³a tam Pani przyjació³?
Z.Z.: By³ tam taki W³adek, mieszkali¶my w jednej lepiance. Razem chodzili¶my, a to dynie ukra¶æ, a to arbuzy, ¿eby tylko co¶ do zjedzenia przynie¶æ. On by³ taki równy, bo brat mój nigdzie nie poszed³. Pewnego dnia, gdy nasze mamy wyjecha³y, wybrali¶my siê z W³adkiem do rzeki z wiaderkiem po wodê. Mieszka³ tam lekarz i mia³ 10 gêsi. Takie du¿e gêsi, takie wielkie. On ju¿ je zamkn±³, ale jedna gê¶ ko³o rzeki zosta³a. Pomy¶leli¶my z W³adkiem, ¿e jak j± z³apiemy, bêdzie du¿o jedzenia. Wgonili¶my gê¶ do do³u. A ona siê dar³a, no to my za ten dziób chwycili¶my. I wreszcie trzeba by³o j± zabiæ. W³adek gdzie¶ znalaz³ kawa³ek szk³a. Tym szkie³kiem my¶my pitolili. Ile siê umordowali¶my z W³adkiem, aby tê gê¶ zabiæ! W nocy trzeba by³o j± oskubaæ. Rozpruli¶my pierzynê i pióra z gêsi do niej wsadzali¶my. Nie przysz³o nam nawet do g³owy, ¿e badyle wsyp podziurawi±. Jak to dzieci. Pó¼niej, gdy zaczêli¶my s³om± paliæ, ¿eby opaliæ gê¶, wilki podesz³y pod okna. Ile siê przy tym strachu najedli¶my. One te¿ g³odne by³y. My¶my i tak mieli pomys³y. W biedzie sobie cz³owiek zawsze daje radê. Nazajutrz ugotowali¶my rosó³, bez jarzyny, bez niczego.
E.M.: Czy lekarz szuka³ swojej gêsi?
Z.Z.: Szuka³, pewnie ¿e szuka³. Ale jej nie znalaz³ - gê¶ ju¿ by³a zjedzona. Najgorzej, ¿e to by³ lekarz, jeden jedyny lekarz w ca³ym ko³chozie. Ale my sobie z W³adkiem t³umaczyli¶my, ¿e on ma jeszcze dziewiêæ, a my tylko jedn± gê¶ wziêli¶my, nie? Mieli¶my prawie tydzieñ co je¶æ. Jeszcze mama wiaderko ziemniaków przywioz³a, to co to by³a za rozkosz…
E.M.: Czy nie pro¶ciej by³oby Wam uprawiaæ ziemiê, skoro by³a taka urodzajna, a spora jej czê¶æ le¿a³a od³ogiem?
Z.Z.: To prawda, trochê by³o naszej winy, bo mo¿na by³o na przyk³ad posadziæ kukurydzê, ziemniaki i mieæ swoje. Ale tam ka¿dy mówi³, ¿e po co bêdzie sadzi³, jak pojedzie do Polski. „ Ju¿ wojna siê skoñczy, ju¿ pojedziemy, ju¿ pojedziemy” - tak jeden drugiemu mówi³ z roku na rok. A kiedy przysz³a wiadomo¶æ w kwietniu 1946 roku, ¿e ma byæ podstawiony transport do Polski, to ani jednej nocy nie spali¶my w lepiance, tylko poszli¶my na dworzec. Na dworcu jeszcze tydzieñ pilnowali¶my, ¿eby poci±g nie odjecha³ bez nas. Wracali¶my wychudzeni, wymizerowani, boso, ubrani w worki. Tak, jakby z O¶wiêcimia wypuszczeni. Pojechali¶my do Jeleniej Góry, bo nasz Gruszów by³ teraz w Zwi±zku Sowieckim.
E.M.: S³uchaj±c Pani, wydaje mi siê, ¿e tak naprawdê nigdy nie mia³a Pani dzieciñstwa…
Z.Z.: Jakie to by³o dzieciñstwo – nigdy nie mia³am zabawek, nawet przed wojn±. W b³ocie, w piasku siê grzeba³o i to by³a ca³a nasza zabawa. W domu ¼le nie by³o, ale ju¿ wtedy musia³am ciê¿ko pracowaæ, bo to 10 morgów pola mieli¶my i przewa¿ne rêcznie wszystko siê zbiera³o. Najgorzej mi by³o w ¦redniej Azji, bo na Sybirze nie pracowa³am - tyle co do domu wodê przynie¶æ i posprz±taæ. Cz³owiek w ¦redniej Azji nawet nie my¶la³ o zabawie, tylko o tym, ¿eby prze¿yæ. Stara³ siê by to jako¶ by³o. Dzisiaj dziecko po prostu wszystko ma. I nie szanuje rodziców. A tam cz³owiek nie mia³ nic i ka¿d± rzecz zdobywa³. Nawet po powrocie do Polski ca³y czas pracowa³am, gdy¿ mama wci±¿ chorowa³a. A ja chcia³am jeszcze w pi³kê pograæ, na skakance poskakaæ - jak dziecko. A to mi wszystko zabrali.
E.M.: Podczas naszej rozmowy figurka Matki Boskiej, która towarzyszy³a Wam przez wszystkie lata zsy³ki, stoi na stole. Nie jest zwyk³± pami±tk±, jak± ludzie przechowuj± w oszklonych serwantkach. Mo¿na z niej odczytaæ, jak wiele wycierpia³a Pani rodzina…
Z.Z.: Tak, ta figurka przesz³a z nami ca³± Syberiê i Kazachstan, chocia¿ nie mia³a stóp. Kiedy¶ by³a bardzo piêkna, ale muchy, zimno, wilgoæ i upa³y przez te lata poniewierki zrobi³y swoje. Jednak zawsze z nami by³a. S± na niej odci¶niête wszystkie nasze ³zy, b³agania, skargi, westchnienia i modlitwy. Opowiedzia³am dzi¶ o nich, bo ju¿ niewiele ludzi wie, czym by³a wojna. My, którzy j± prze¿yli¶my, wiemy jak trudno jest o niej opowiadaæ. A ja chcia³abym ocaliæ od zapomnienia tych wszystkich moich bliskich, którzy umarli na Wschodzie. Mojego tatê, dziadków i braciszka. Bo przecie¿ po ich grobach nie ma ju¿ ¿adnego ¶ladu…
E.M.: Bardzo dziêkujê za rozmowê.



Z matk± i bratem. Rok 1949.