[2007.06.15] NAŁOWIŁEM LESZCZY
Dodane przez Administrator dnia 14/06/2007 23:21:32
W sobotę postanowiłem wybrać się na leszcze. Wieczorem planowałem trochę pogrillować, a leszcze na grill nadają się w sam raz. Są zdecydowanie mniej ościste od karasi i płoci. Płaty mięsa łatwo odchodzą od kręgosłupa. Konkurencję dla leszcz w tej materii stanowi okoń – i mięso ma trochę smaczniejsze i ości też trochę mniej. Tylko, że na nałowienie kilku większych okoni nie miałem patentu. A na leszcze tak.
Otóż wybrałem się na sprawdzone łowisko, u stóp odbudowanego zamku Tropsztyn nad Dunajcem. U stóp tegoż zamku znajduje się odnoga Dunajca. Woda tam prawie stoi, dno jest muliste, a więc dla leszcza najbardziej interesujące. Bywałem w tym miejscu każdego roku po kilka razy, i nigdy nie zdarzyło się, bym z wody nie wyciągnął kilka leszczyków – takich na dwadzieścia osiem, trzydzieści centymetrów. Jechałem więc na pewniaka. Nad wodą byłem już o czwartej rano. Wszędzie spokojnie, cisza. Ani jednego człowieka. Od czasu do czasu jedynie, zza skał (zamek Tropsztyn posadowiony jest na skale, która schodzi prawie nad samą wodę) słychać było cichy szum przejeżdżających samochodów. Zanęciłem delikatnie łowisko. Uzbroiłem dwie gruntówki. Na haczyk jednej z wędek założyłem trzy białe robaczki, na haczyk drugiej – czerwonego gnojaczka. Białe bombki majestatycznie spoczęły na żyłkach i pozostało czekać.
Do piątej nawet nie skubnęło. O wpół do szóstej zacząłem zastanawiać się, czy aby leszcze gdzieś się nie przeniosły. I wtedy zauważyłem jak bombka na jednym z kijów zaczyna delikatnie opadać. Opadła może ze cztery, pięć centymetrów. Zatrzymała się, by po chwili zacząć delikatnie piąć się w górę. Wszystko działo się w absolutnej ciszy. Tylko, gdzieś na drzewie, nad sobą, słyszałem delikatny śpiew kosa. Zaciąłem. Zorientowałem się, że ryba zaczepiła się, więc dość szybko zacząłem ją holować w stronę brzegu, by nie wystraszyć ewentualnych pozostałych leszczy, które akurat zaczęły żerowanie. Po chwili w siatce miałem pierwszego ryjka. Takiego trzydziestaka. Nim zdążyłem go dokładnie obejrzeć, ruch z bombką zaczął się na drugim kiju. Powtórzyłem procedurę i po pięciu minutach miałem kolejnego leszcza, jakby bliźniaka pierwszego. Założyłem przynętę i zarzuciłem w te same miejsca. Do szóstej w siatce miałem już pięć leszczy. Później brania ustały. Do wody wpuściłem najmniejszego (był chyba z innego rocznika, bo mierzył tylko dwadzieścia dwa centymetry), a pozostałe zabrałem. Na grill.
Jakub Kleń