[2010.11.12] ŻEGNAJĄC SEZON W BARTKOWEJ (II)
Dodane przez Administrator dnia 12/11/2010 18:30:28
Po przygotowaniu obozowiska, koledzy zaczęli montować gruntówki, a ja postanowiłem porzucać trochę blachą. Obrzuciłem sporą część łowiska, ale nie miałem ani jednego pobicia. Gdy wróciłem do kolegów, nad brzegiem ustawione były już cztery gruntówki. Na dwóch rosówki, a na kolejnych dwóch po małym żywczyku. Ja na haczyk jednego z zestawów zahaczyłem pęczek żwawych czerwonych robaków, a na drugim, w wodę jeziora rożnowskiego popłynął mały karasek w charakterze żywca. W tej sytuacji nie pozostawało nam nim innego jak czekać na ewentualne branie. By umilić czekanie, Andrzej zaproponował gorącą kawę albo herbatę. Ale nie z termosu, lecz ze świeżo zagotowanej wody. W ubiegłym roku kupił turystyczną kuchenkę gazową i zabiera ją zawsze ze sobą, gdy jeździmy na dłuższe wyprawy. Po kilku minutach siedząc na wygodnych składanych krzesełkach (również własność Andrzeja) popijaliśmy gorącą, świeżo zaparzoną herbatę. Delektując się słońcem i pięknem otoczenia, zaczęliśmy rozmowy o rybach…
Około czwartej po południu sygnalizator Andrzeja zaczął popiskiwać. Wszyscy trzej zerwaliśmy się na równe nogi. – Co masz na kiju, który piska? – zapytał wyraźnie podniecony Leszek. – Rosówkę – odparł cicho Andrzej, jakby się bał, że głośniejszy głos może wystraszyć biorącą rybę. Wtedy już wszyscy koncentrowaliśmy się na jego białej bombce, które na chwilę znieruchomiała, po kilku sekundach opuściła się lekko w dół i poszybowała w górę, niemal pod sam kij. Andrzej zaciął. Po chwili rzucił w naszą stronę: - Coś jest! Niestety, tym razem był to tylko niewielki, dwudziestopięciocentymetrowy leszczyk. Po chwili z powrotem poszedł do wody. Nawet nie zdążyłem zrobić mu zdjęcia. – No, ale najważniejsze, że woda żyje – cieszył się Andrzej i na haczyk zaczął nawlekać nową, wyjętą z pudełka, świeżą rosówkę.
Jakub Kleń
(Dokończenie za tydzień)


Stolik, krzesełka i turystyczna gazowa kuchenka zapewniały rzadko spotykany na łowiskach komfort. Ale przynajmniej raz w roku można sobie na takie fanaberie pozwolić. Tym bardziej, gdy żegna się sezon.