[2010.10.21] PARĘ O SŁÓW O ŁOWIENIU SANDACZA
Dodane przez Administrator dnia 21/10/2010 18:11:44
Sandacz to nie tylko piękna, ale także wyjątkowo smaczna ryba. Filet z sandacza usmażony na grillu nie ma sobie równych. Prawdę mówiąc, mnie smakuje lepiej od pstrąga, który sam w sobie też jest przecież pyszny. Gdy patrzymy na paszczę sandacza z przodu, rysuje nam się obraz prawdziwego i trochę niesamowitego drapieżnika. Być może to sprawa jego oczu, przesuniętych ku przodowi pyska, przed kąty w rozcięciu paszczy - oczu przymglonych, gdyż sandaczowe źrenice przesłonięte są delikatną bielą, jakby cierpiał na zaćmę. Niesamowite wrażenie. To zamglenie oczu świadczy o tym, że drapieżnik ten może doskonale polować w wodzie mało przeźroczystej lub niedoświetlonej, że żeruje po ciemku, a nawet w nocy. Warto zauważyć, że podobne oczy mają sympatyczne skądinąd leszcze – ryby przystosowane do żerowania w głębokich i mrocznych przydennych warstwach jezior.
Sandacz, w przeciwieństwie do szczupaka, nie celuje w ofiarę z oddalenia, lecz ściga ją, dochodzi i chwyta z bliskiego przymierzenia. Podstawowym pokarmem tego drapieżnika w rzekach są ukleje, ale sięga on również po kiełbiki, płotki, młodziutkie leszczyki, okonki, jazgarze – nie gardzi również najmłodszymi przedstawicielami własnego gatunku. Ryby bardziej wygrzbiecone, jak krąpie czy młode karasie pobierane są raczej przez grube sztuki.
Żerowaniu sandacza sprzyja pogoda bez ostrego słońca, nawet lekko szarawa, z padającym z nieba delikatnym kapuśniaczkiem. Słońce nie przeszkadza braniom wtedy, gdy powierzchnię wody marszczy wiatr, a niebo częściowo przesłaniają chmury.
Sandacz należy raczej do dyskretnych drapieżników. Nie wali w wodę jak boleń, którego słychać na kilometr, nie rozpryskuje wody w pogodni za drobnicą. Poluje raczej przy dnie i tam z reguły sięgamy po niego wędką. Można powiedzieć, że taki ostrożny sposób polowania czyni sandacza trudnego do zlokalizowania – wędkarz musi się raczej domyślić stanowiska tej ryby.
A gdy już sandacz weźmie? Gdy łowimy na zestaw gruntowy lub ze spławikiem (a nie na blachę lub twistery) to rozpoczyna się zabawa. Powoli, ale systematycznie podnosząca się sygnalizacyjna bombka czy zatapiający się spokojnie spławik wywołują w wędkarzu rozterkę – w którym momencie zaciąć? Może pomogą nam w tym miejscu rady A. Koryckiego, który o sandaczu napisał książkę. Korycki w swojej pracy zauważył: „Można rozróżnić trzy fazy brania przynęty przez sandacza: I faza – gdy ryba napotkawszy przynętę, chwyta ją i odpływa kilka metrów (na popuszczanej wówczas żyłce), po czym zatrzymuje się; II faza – to przesunięcie przynęty w paszczy; III faza – gdy sandacz zdecydowanie odpływa… Zależnie od rozmiarów biorącej ryby podcinać należy: w fazie I, gdy przynęta jest mała, albo w II lub III – w razie zastosowania większej przynęty”.
Jedyny problem z radami Koryckiego jest taki, że trudno wędkarzowi rozpoznać, czy na jego uklejkę porwał się sandacz – olbrzym, czy też niewielki sandaczowy młodzik. A przecież podcinać należy – jak pisze Korycki - „zależnie od rozmiarów biorącej ryby”…
Jakub Kleń