[2010.07.23] PO WIELKIEJ WODZIE (III)
Dodane przez Administrator dnia 23/07/2010 13:26:20
Do godziny ósmej rano brania były tak intensywne, że często zarzucając jeden kij mieliśmy brania na drugim. Wtedy trzeba było szybko kłaść wędzisko na ziemi i łapać za drugi kij. W trakcie tych dobrych brać wyciągnęliśmy łącznie dziewiętnaście ryb – osiemnaście leszczy, od niewielkich, kilkunastocentymetrowych, po większe, mierzące czterdzieści, a nawet czterdzieści kilka centymetrów. Dodatkowo ja wyciągnąłem jeszcze, wspomnianą w poprzednim odcinku wzdręgę. Ale brały nie tylko karpiowate. Gdzieś około wpół do siódmej, na piaszczystą łachę wszedł wędkarz i zaczął rzucać blachą na pogranicze nurtu i spokojniejszej wody. Po kilku rzutach zobaczyliśmy jego wygiętą szczytówkę. Kilka minut później jego walka zakończyła się sukcesem. – Sandacz? – krzyknął w jego kierunku Leszek. – Nie, boleń, na pięćdziesiąt centymetrów! – odkrzyknął nasz sąsiad. Po chwili wypuścił rybę i nadal zaczął rzucać blachą.
Po ósmej brania ustały. Do dziesiątej wyciągnęliśmy jeszcze po jednej rybie. Mnie znów trafiła się niewielka, dwudziestocentymetrowa wzdręga, a Leszek wyciągnął małego leszczyka. O jedenastej zwinęliśmy sprzęt. Słońce zaczęło już dość mocno przygrzewać, a ryby wyraźnie przestały żerować. Ale z tej pierwszej - po wielkiej, powodziowej wodzie - wyprawy nad Wisłę obaj byliśmy zadowoleni. Tak intensywnych brań nie mieliśmy dawno. – Musimy tutaj wrócić na noc – zapalił się Leszek. – Jest sporo naniesionego przez powódź suchego drzewa. Będzie jak znalazł na ognisko. A w nocy może trafić się jakiś sum – przekonywał mnie rozmarzonym głosem. – Oczywiście, że wrócimy. Na całą noc – odparłem z przekonaniem.
Jakub Kleń